1 marca – Światowy Dzień Puszystych

0
97

– Czy możecie mi wyjaśnić dlaczego nikt w 2014 roku nie powiedział mi, że jestem zwyczajnie gruba? – zapytałam podtykając mamie pod nos zdjęcie w telefonie.
Moja siostra wywróciła oczami i popukała się w czoło, a zawsze trzeźwo myśląca rodzicielka spojrzała znad okularów pytająco:
– A co by to zmieniło? – zapytała Mama – poza tym, nie byłaś gruba.
– Co najwyżej lekko puszysta – dodał Tata.
– Musi być Ci smutno nie świętować jak co roku 1 marca – powiedziała Siostra.
– 1 marca, a co jest 1 marca? – zapytałam.
– Światowy Dzień Puszystych – prychnęła moja ukochana Siostra.
***
Nie sposób przyznać jej racji, że moja droga do bycia szczupłą była raczej wyboista. Zawsze byłam dzieckiem, które w Szkolnym Przedstawieniu grywało raczej wielkiego niedźwiedzia niż wiotki szczypiorek. Jako nastolatka przeszłam chyba przez wszystkie kolory zaburzeń odżywiania jakie nierzadko wiążą się właśnie z tym wiekiem. Podczas studiów potrafiłam mieć w szafie zestawy ubrań w kilku różnych rozmiarach, bo waga raz rosła, raz spadała w zależności od ilości imprez i sesji egzaminacyjnej. W dorosłym życiu uznałam, że nie przeskoczę sama siebie i nigdy nie będę modelką w rozmiarze 0 (przecież uwielbiam jeść) , nigdy nie będę miała płaskiego brzucha (ach, ta genetyka – nie będę z nią walczyć). Krótko mówiąc zaakceptowałam stan rzeczy i tyłek ewoluujący od rozmiaru 38 do 40 z tendencją zwyżkową 😉 Co takiego się stało, że mieszczę się obecnie w rozmiar 36 i mniej?
Momentem przełomowym było podjęcie leczenia (niezwiązanego z wagą), które wymagało ode mnie: odrzucenia alkoholu, przejścia na dietę, która obniży poziom cholesterolu i picia dużej ilości niegazowanej wody. Początkowo miałam wrażenie, że razem z włoskim poetą Dante Alighieri przechodzę przez kolejne kręgi piekielne. Później było już tylko lepiej. Zdecydowanie łatwiej było mi przestrzegać zasad jeśli wiedziałam, że ich przestrzeganie jest konieczne dla mojego zdrowia i życia. Po krótkim czasie zobaczyłam efekty w postaci spadku wagi i zaczęłam zmieniać swoje życie nawet po zakończeniu leczenia. Jak?

Nadal piję dużo wody niegazowanej,

a wodę z cytryną i imbirem, gdy jest zimno.

Odstawiłam alkohol całkowicie na łącznie ponad rok.

Dzięki temu doświadczeniu zorientowałam się, że w moim wypadku to właśnie „zimne piwka” i wieczory z czerwonym winem i francuskimi serami sprawiały, że dieta nie przynosiła efektów. Po zakończeniu okresu abstynencji nadal bardzo ostrożnie podchodzę do picia mocniejszych trunków.

Jem zdrowiej – łatwo powiedzieć, trudniej zrobić!

Zmiany sprowadziły się do jedzenia ciemnego pieczywa zamiast białego (lub rezygnacji z pieczywa w ogóle), zmiany mąki pszennej na taką z pełnego przemiału lub na kokosową, migdałową czy jaglaną. Zamiast smażyć zaczęłam piec, dusić i gotować na parze. Słodycze staram się przygotowywać sama piekąc ciasta, ciastka, ale niestety nie potrafię się kontrolować, gdy w okolicy pojawia się czekolada Polubiłam się z przyprawami, zupami krem i kuchnią pięciu przemian – według której pokarmy dzielą się na takie, które ogrzewają organizm i takie, które go ochładzają. Mówcie co chcecie, ale coś w tym jest – odkąd wdrożyłam kilka przepisów w codzienne życie nie zdarzyło mi się rozchorować ani jesienią ani zimą! Przygotowywałam sobie sama jedzenie do pracy, starając się nie zamawiać tuczących obiadów na wynos i nigdy nie doprowadzać do momentu, w którym byłam tak głodna, że byłam w stanie zjeść pizzę razem z dostawcą i rachunkiem.

Do codziennych aktywności dołączyłam ruch

Było mi łatwiej, bo mój ówczesny partner był typem niezwykle „ruchliwym”. Razem chodziliśmy na siłownię i zmobilizował mnie do przebiegnięcia Runmagedonu! Uczestnictwo w tym wydarzeniu było cudownym zwieńczeniem mojej walki o szczupłą sylwetkę. Poza tym, wytrwale chodziłam na pole dance, który nie tylko budził we mnie kobietę, ale wspaniale rzeźbił mięśnie rąk. Ze znajomymi z pracy co jakiś czas wybieraliśmy się na ściankę wspinaczkową, za co podziękowały mi plecy. W momentach wyczerpania chodziłam na streching i pilates, który koił nerwy i uspokajał zmysły. Kluczem do sukcesu było znalezienie aktywności, która w danym momencie sprawiała mi przyjemność, a nie była wynikiem zmuszania się do czegoś.
Od momentu przełomowego minęły już ponad dwa lata. Coś co kiedyś nazwałabym dietą, jest teraz normalnym jedzeniem a wysiłek fizyczny stał się czystą przyjemnością i okazją do bycia ze sobą sam na sam. Już nie wyobrażam sobie jedzenia tłustych kotletów dzień w dzień lub zalegania przed komputerem przez długie godziny. Dopadła mnie na dobre ta zmiana na lepsze!
Ściskam,
Ania

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here