Kobieta-Transformer, czyli co czuje świeżo upieczona matka

0
382
Newborn baby infant with mother home room portrait. Close up view.

Ciążę przeszłam koncertowo, bez szpitali, leków, 25 kg nadwagi. Chęć urodzenia dziecka wyzwalała wulkan endorfinek, jak u niektórych po ćwiczeniach z Chodakowską. Marzyłam o porodzie naturalnym, bez znieczulenia, tak by to prawdziwie przeżyć – w końcu kobiety maja to wpisane w swoją naturę. Minął 40 tydzień ciąży, a ja ciągle w dwupaku. Cóż, dziecku jest dobrze i nie spieszy się na ten świat, taki mały słodki Leniuszek Śpioszek. Poczekamy, aż się zdecyduje. Rutynowe USG, prowadząca mnie lekarka wypisuje skierowanie do szpitala bo termin mija, mam iść na obserwację i czekać na ten moment.

W szpitalu okazuje się, że wydarzenia nabierają tempa niestety nie tak jak sobie to zaplanowałam. Brak postępów porodu, szyjka na 35 mm ani myśli o skróceniu. Przeciwskazanie do amnioskopii i porodu naturalnego bez wywoływania. Ale to nic, przecież tak się zdarza, trzeba czekać. Po kolejnym badaniu nagła decyzja – szybkie cięcie. Po 10 min na bloku operacyjnym słyszę płacz synka. Lekko oszołomiona ryczę, kiedy przykładają mi go na 5 sekund do policzka. Na korytarzu mąż mówi, że jest szczęśliwy i dumny dzięki mnie.

W pooperacyjnej śpię kilka godzin. Kiedy ustępuje znieczulenie dociera do mnie co się stało. Ból rany, drętwienie nóg, dreszcze. Najgorsze jest morze odchodów poporodowych, bo tak nazywa się lecąca z ciebie ciurkiem krew, a nie masz majtek, krocze musi się wietrzyć… Cewnik, bez komentarza. Na salę przyjeżdża położna z dzieckiem i moim mężem. Piękny obrazek, zostaliśmy rodziną! Boli mnie wszystko, mimo to próbuje skupić się na podniosłości chwili, nawet zmusić do wzruszenia. Nie bardzo wiem co się ze mną dzieje – cieszę się że on już z nami jest, ale nie potrafię zareagować tak jak to sobie wyobrażałam, jak pokazują na filmach. Odwiedziny trwają 20 min., potem zostaje sama i mogę odpocząć. Mąż odwiedza mnie jeszcze 2 razy, pyta czy się cieszę i czy oby na pewno, bo po mnie tego nie widać. Zganiamy wszystko na zmęczenie zabiegiem. Noc mija szybko, śpię zaraz po tym, jak uda mi się położyć na boku. Jaka ulga! Rankiem przyjeżdża położna z wózkiem. Myje mnie w kroczu zmoczonymi podpaskami, daje nową i każe wstać, bo musimy już jechać piętro niżej, gdzie czeka już na mnie mój maluszek. Dostajemy jednoosobową salę – łaaał, to podobno wypas, trafiła mi się Ameryka, laski zazdroszczą.

Przez pierwszą godzinę siedzę na łóżku i patrzę się na dziecko. Położenie się to manewr niewykonalny – nie funkcjonują mi przecież mięśnie brzucha. Potem kolejne odwiedziny – pediatry, męża, rodziny. Jest spoko, ale patrzę na tego małego człowieka i nie czuję fajerwerków. Zostaję sama. Dziecko płacze, chce jeść. Ściskam piersi patrząc czy coś z nich leci. Nie leci. Przychodzi pielęgniarka i każe przystawiać dziecko. Pamiętam jak to ćwiczyliśmy na szkole rodzenia. Tyle, że dziecko nie jest tak sztywne jak lalka. Próbuję jedną ręką trzymać becik, drugą układać brodawkę w jego ustach. Nie idzie – ciągle płacze, nie potrafi chwycić piersi. W końcu udaje się, zaczyna ssać i … zasypia po 5 sekundach. Trzymam go tak przez pół godziny, dopóki mogę wytrzymać w jednej pozycji. Kręgosłup mi pęka, nogi mam lodowate, bo właśnie myli podłogi i zrobili przeciąg. Odkładam dziecko do wózka. Wieczorem przychodzi obchód i wszyscy się dziwią, że dziecko tak mało jadło. Za mało. To moja wina, bo nie potrafię go wykarmić swoim pokarmem, nie wiedziałam też gdzie trzeba iść po butelkę. Może gdyby była ze mną inna mama na sali, powiedziałaby coś? Następna doba mija podobnie. Odwiedziny, karmienie, przewijanie, brak snu. Dochodzi też nowość – laktator. Mam odciągać sobie piersi co 3 godziny, każdą po 15 minut. Nic nie leci, a ja ledwo wytrzymuje stojąc pół godziny – najbliższy kontakt jest w drugim końcu sali, kabel laktatora ma metr, może półtora, nie mam siły iść po krzesło. Między odciąganiami karmię dziecko butelką, przebieram i uspokajam jak płacze. Nie będę przecież wołać piąty raz położnej, mimo iż jest bardzo sympatyczna i pomocna.

Przychodzi sobota – trzecia doba od porodu. Powinniśmy dziś zostać wypisani do domu. Okazuje się, że dziecko ma zażółcona skórę, zabierają go na oznaczenie poziomu bilirubiny. Jeśli będzie za wysoki, zostajemy w szpitalu na naświetlania. Modlę się, żeby już stąd wyjść, ryczę z bezsilności do pustych ścian. Przychodzi ginekolog – bada mnie i daje zielone światło. Teraz tylko decyzja pediatry, czy dziecko wychodzi ze mną. Udaje się – bilirubina podwyższona, ale Sergiusz może być wypisany. Przyjeżdża mąż, próbuję się ubrać, jestem słaba i strasznie brudna, śmierdząca. W domu czeka na nas powitanie rodziny. Są balony, serpentyny i obiad. A ja nie mogę powiedzieć ani jednego słowa, bo ciągle płaczę. Nie wiem, czy to ze wzruszenia, czy z bezsilności. Czy z tego że dociera do mnie co się wydarzyło, że coś się zmieniło bezpowrotnie.

Pierwsze dni w domu mijają spokojnie, choć ciągle nie mogę spać. Na zmianę karmię i odciągam. Mąż jest moim wybawieniem – wstaje w nocy, pomaga mi bardzo i idzie mu świetnie. Po kolejnej pobudce w nocy dociera do mnie, że on też jest zdezorientowany nową sytuacją. Przecież ma rano spotkania, musi wykonać zaległe zlecenia. Mimo iż prowadzi firmę w domu, nie mogę go obarczać zanadto, bo ktoś musi zarabiać pieniądze, których teraz jest potrzebnych trochę więcej. A ja opiekując się dzieckiem przez te kilka dni nadal nie czuję tego czegoś. Nie spływa na mnie miłość bezwarunkowa, jak piszą w poradnikach. Bliżej mi do depresji niż entuzjazmu.

Przez pierwszy miesiąc czułam ogromne oszołomienie. Nie wiedziałam czy jest noc czy dzień. Patrząc na zegarek nie rozumiałam, którą godzinę pokazuje. Kiedy po 2 tygodniach poszłam do sklepu i tym samym wyszłam na dłuższy spacer na powietrze, nie czułam ziemi pod nogami, jakbym stąpała po Księżycu. Przyszło Boże Narodzenie, wyszliśmy z domu, były prezenty i oderwanie od codzienności. Z czasem wszystko zaczęło się normować, zmieniać, ale bardzo bardzo powoli.

Zapytacie – przecież to miał być artykuł o uczuciach, o więzi z dzieckiem. Dlaczego jest tu tak dużo faktów a tak mało o emocjach? W naszym przypadku wszystko rodziło się powoli. Nie było osławionego gromu z nieba, automatycznie nie włączył się matczyny instynkt. Opiekowałam się dzieckiem, ale dopiero po pewnym czasie oswoiłam się z nim i zaczęłam kochać. Jeśli ktoś z Was zastanawia się, co jest z nim nie tak – wyluzujcie. Każda sytuacja jest inna, każdy przypadek indywidualny. Jednak to co jest najważniejsze – nie kierujcie się poradnikami i opiniami otoczenia. Słuchaj siebie, patrz na swoje potrzeby. Potrzebujesz czasu – to go sobie daj. Chociaż było ciężko, doszłam do tego momentu, w którym jestem teraz. I to jest mój powód do dumy – że w swoim czasie, bez ciśnienia i obwiniania się za cokolwiek. Pomógł mi maż. Pomógł mi spokój. Pomogło mi zdobywanie doświadczenia po swojemu.

Dziś nie wyobrażam sobie życia bez syna, i nawet kiedy jedzie na noc do dziadków, a my zostajemy sami, brakuje nam tego skaczącego w łóżeczku urwisa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here