Czy małżeństwo to już przeżytek?

4
223
Wedding rings hanging on rope over a dirty canvas background

Obecny rok jest dla mnie wyjątkowy  w tych tematach. Po pierwsze za chwilę strzeli mi 5 lat od momentu wdziania białej sukni i sakramentalnego „tak”. Nasze drewniane gody zbiegają się w tym roku również z 10 rocznicą bycia razem. Co mogę powiedzieć po tych 5 i 10 latach? Całkiem sporo – i coś standardowego, ale i też coś mocno odbiegającego od powszechnych zasad i wyobrażeń. Jak to w życiu.

Zmiana lubi zmiany

Ślub to jakby nie patrzeć poważna decyzja. Nawet jeśli uważamy że nic nie wniesie do naszego życia, bo znamy się już wystarczająco dobrze i wiemy czego możemy się po sobie spodziewać, coś tam jednak ewoluuje. Najczęściej słyszy się dwie argumentacje – albo chcemy zmienić coś w naszym dotychczasowym życiu, wprowadzić je w nowy etap, albo inaczej – uroczyście podkreślić to, co już jest między nami. Często ślub zbiega się z innymi ważnymi decyzjami i zmianami życiowymi – kupno mieszkania, nowa poważna praca, zegar biologiczny, przypominający o sobie coraz częściej. I tak jakoś się dzieje, że każda zmiana zbiega się lub wymusza następne. Odnalezienie się w nowych sytuacjach nie zawsze jest tak proste. Dla mnie najlepszym przykładem zmian goniących się nawzajem jest sama decyzja o ślubie, choć bardziej mam tu na myśli całą ślubna otoczkę. Przyznam, że stoczyłam dość dużą walkę z rodzicami – którzy pragnęli wielkiego wesela pierworodnej córki, z narzeczonym – nie mogącym pojąć kultury wesela w ogóle i nie akceptujący takiego rodzaju rozrywki. Wreszcie z samą sobą – pogodzić oczekiwania tych dwóch stron (a nawet i trzech włączając w to teściów – także z własnymi wizjami) z wewnętrznymi marzeniami i wyobrażeniami – cóż, było to chyba najtrudniejsze z wyzwań mojej przeszłości. Czy zmieniłabym coś z tamtego dnia – chyba bardziej postawiłabym się rodzicom i dążyła do skromnej ceremonii z gronem najbliższych i wiankiem zamiast toczka z welonem. Choć pobraliśmy się z miłości, jakoś nie czułam się jak księżniczka, nie było aż takiej magii i unoszących się motyli, jak oczekują i wspominają to inne dziewczyny. Nasza miłość nie dostała tego dnia +1000 punktów do większego uczucia. Ale to już temat na inne rozważania 😉

Zarabianie i wydawanie

Mam wrażenie, że pieniądze to niestety temat, który zmienia w naszych relacjach najwięcej. Kiedy nie mieszka się razem, nie obchodzi Cię to czy lodówka ma zapas na 3 obiady, czy masz odpowiednio duży stół do przyjęcia gości albo czy jak kupisz nowe jeansy wystarczy na spłatę raty hipotecznej. Wraz z podjęciem ważnych decyzji wzrastają oczekiwania obydwu stron – i w temacie podziału obowiązków i w kwestii zarabiania kasy. A jeśli pierwsze dni małżeństwa zbiegają się z zamieszkaniem razem, jest podwójnie ciężko. Jeśli jesteście współlokatorami od jakiegoś czasu, nie oszukujmy się – też trzeba sporo zmienić w swoich przyzwyczajeniach i zakupach, jeśli chce się budować coś wspólnie. Myślisz za dwoje i tego oczekujesz od swojej połówki.

Wizja przyszłości

Swoje dzieciństwo spędziłam na wsi. Kiedy przeprowadziłam się do dużego miasta od razu pokochałam tę magię. Czym ona była? Trochę niezależnością, trochę anonimowością, najbardziej – możliwościami. Wszędzie było blisko, wszystko było dostępne na wyciągnięcie ręki – od pizzy, przez różnorodność sklepów, na spontanicznych imprezach skończywszy. Nie tęskniłam za ograniczeniami. Dziś patrzę na to trochę inaczej. Nadal uważam to za atuty życia w mieście, jednak snując plany na przyszłość, częściej myślę o domku za miastem niż o mieszkaniu w centrum. I wcale nie dlatego że tak kocham zieleń J Nie musisz wyprowadzać psa o 6.00 rano – wystarczy uchylić drzwi i sam pobiega po podwórku. To samo tyczy się dzieci. Większa przestrzeń = więcej swobody (dzieci i twojej) = więcej wolnego wieczoru (jak już się zmęczą ganianiem na świeżym powietrzu). Ty masz czas na gazetę albo spokojne rozładowanie zmywarki. Z sentymentem i nieco podkulonym ogonem wracam do sadzenia truskawek i pomidorów, siania koperku i pietruszki. Na razie na działeczce i skrzynkach balkonowych, ale docelowo w swoim ogródku. Czy to już starość? 😉

A gdzie jest miłość?

Podejmując powyższe decyzje, trzeba nastawić się na pracę i staranie się. Ślub sam z siebie nic nie daje. Nie zaczniesz kochać kogoś bardziej tylko dlatego, że ma obrączkę na palcu. Pytanie, czy w tym wszystkim odnajdujemy siebie – mnie z moimi oczekiwaniami i nas z jego oczekiwaniami wobec mnie. Pogodzenie nie jest łatwe, ale możliwe. Chyba to właśnie trwające uczucie napędza do działania. Mocno potęguje endorfiny w chwilach sukcesów, przy porażkach działa jak plaster na krwawiące kolano. Dając coś, coś otrzymujemy. Ta zasada na szczęście jeszcze trochę działa. Czy potrzebne jest do tego małżeństwo? Jestem ciekawa Waszych przemyśleń.

4 KOMENTARZE

  1. Zgadzam się, ale ja również widzę to z innej perspektywy. 🙂 Zupełnie inne jest życie w mieście, inne na wsi czy w małych miasteczkach. Ostatnio spędzając czas z moimi znajomymi zauważyłam, że większość z nich myśli o ślubie zupełnie poważnie (wiek 20-27). To trochę jest tak, że skoro widzisz jak innym się układa, para za parą się zaręcza, poświęcają się wzajemnie dla siebie – to po prostu chciałabyś mieć to samo. Zastanawiasz się, czy z Tobą coś jest nie tak czy z facetem, który jest z Tobą od kilku dobrych lat… i nachodzą Ciebie różne myśli, czemu jeszcze Ty się nie zaręczyłaś i dlaczego nie masz w planach ślubu… Rodzina zawsze będzie niezadowolona, czy wyjdziesz za mąż w wieku 23 – bo zbyt młoda czy 32 – bo trochę „dojrzała”. Małżeństwo powinno być dojrzałą decyzją obu stron (niezależnie od wieku i opinii rodziny). A niestety w dzisiejszych niedojrzałe decyzje kończą się rozstaniem lub rozwodem. 🙁

  2. Laura trafiłaś w punkt! 🙂 W mniejszych miejscowościach, gdzie wszyscy się znają, do decyzji o ślubie dochodzi bardzo często pod presją rodziny, a jeśli nie – to dokładnie tak jak piszesz – młodzi ludzie chcą być tacy jak ich rówieśnicy, którzy są już po ślubie, zakładają rodziny, planują dzieci. Otoczenie w którym żyjemy, zawsze ma wobec nas jakieś oczekiwania – chociażby podporządkowania się ogółowi, zachowanie tradycji, etc. I niestety, ciężko jest tym, którzy chcą robić coś całkowicie po swojemu, świadomie, bo często wiąże się to z opozycją wobec rodziców. Ale na szczęście nasi rodzice są coraz bardziej wyrozumiali 🙂

  3. Dokładnie. Dopiero się zaręczyłam i mimo że czekałam na ten moment, wbrew oczekiwaniom innych, wcale się nie popłakałam. Owszem było miło itp, ale tyle. I właśnie tak myślę, że tak samo będzie ze ślubem, że nie będzie żadnej magii i motylków. Niestety, ale wydaje mi się, że dużą rolę w tym mają rodzice, którzy zaręczyny swojej córki przyjęli bez entuzjazmu i emocji. I do tej pory, a minął miesiąc w ogóle nie poruszyli tematu ślubu.
    Kiedyś chciałam iść do ślubu w białej sukience i chciałam tego wydarzenia. Teraz coraz mniej bo wiem, że to nic nie zmieni w naszej relacji: i tak się sobą opiekujemy, i tak dzielimy się kosztami i jak się okazuje nasza rodzina nie ma „parcia” na ślub (a jestem z bardzo małej miejscowości) . I czasem zastanawiam się czy warto wydawać kilkadziesiąt tysięcy na coś takiego.

  4. Ja wyszłam za mąż w wieku 19 lat, jesteśmy 3 lata po ślubie i 4 odkąd jesteśmy razem, nigdy nie żałowałam tej decyzji, dla mnie małżeństwo jest potwierdzeniem tego, że się kochamy i chcemy być razem do końca, może trafiłam na swój ideał, bo jestem najszczesliwszą żoną i matką dwójki Szkrabów i nie zamieniłabym tego na nic innego

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here